Max Factor

Max Factor – człowiek, który namalował twarz Hollywood.

Gwiazdy niczym duchy.

Wyobraź sobie, że teleportują Cię do lat 20-tych, do Hollywood.

Fabryka Snów pracuje pełną parą i wcale pięknie nie wygląda. Wytwórnie produkują filmy szybciej niż samochody zjeżdżają z linii produkcyjnej Forda.

Aktorki stają się boginiami, aktorzy półbogami, a kino nową religią dla mas.

Jest tylko jeden problem – na ekranie wszyscy aktorzy wyglądają… fatalnie.

Ówczesna technologia filmowa rozwija się szybciej niż ktokolwiek się spodziewa, kamery widzą więcej niż ludzkie oko, do tego reflektory studyjne są bezlitosne – skóra błyszczy jak rozlana oliwa, cienie pod oczami wyglądają jak ślady po nieprzespanej nocy, a twarze aktorów zamieniają się w białe, płaskie maski. Już po godzinie ich makijaże – kruszą się, w połowie zdjęć – pękają, jak ziemia w czasie suszy.

Zasada miała być prosta – widzowie mieli oglądać bogów, a zaczęli oglądać zmęczonych, jakby zmaltretowanych ludzi.

I wtedy pojawił się człowiek, który postanowił oszukać rzeczywistość – Maksymilian Faktorowicz.

Świat zapamiętał go jednak jako Max Factor – imię i nazwisko skrócił urzędnik na statku, w drodze do Ameryki, która miała być jak ziemia obiecana i po wielu latach dokładnie nią się stała.

Ze Zduńskiej Woli do krainy iluzji.

Historia Maxa Factora mogłaby być idealnym scenariuszem filmowym niż interesującą biografią przedsiębiorcy.

Urodził się w 1877 roku w skromnej żydowskiej rodzinie w Zduńskiej Woli, Polska właściwie nie istniała na mapach Europy.

Już jako 7-latek pracował jako pomocnik fryzjera i perukarza. Szybko odkrył, że ludzkie twarze są plastyczne i można je dowolnie modelować, korygować – opowiadać nimi historie. Uwielbiał włosy i tworzył niezwykłe peruki.

Jego talent doprowadził go na dwór carski w Rosji, ale coś co miało być życiową nagrodą okazało się być przekleństwem, utratą wolności i koszmarem w złotej klatce.

Uciekł do Ameryki tak, jak uciekają bohaterowie wielkich powieści, pod osłoną nocy, z rodziną, z marzeniami i z przekonaniem, że świat można jeszcze urządzić po swojemu, że istnieje wolność, a życie może wyglądać inaczej.

Pewnie wówczas nie mógł wiedzieć, że 2 dekady później będzie odpowiadał za wygląd największych gwiazd filmowych.

Hollywood – potrzeba matką wynalazków.

Tu zaczęła się najciekawsza część jego historii.

Max Factor nie był producentem kosmetyków, stał się inżynierem… iluzji.

Większość ludzi myśli dziś o makijażu jak o produkcie – szminka, puder, tusz do rzęs…

On myślał zupełnie inaczej – raczej jak wynalazca, analizował natężenie światła studyjnego, soczewki, emulsje filmowe, a przede wszystkim – skórę i włosy.

Kiedy inni sprzedawali kosmetyki, on rozwiązywał problemy technologiczne, bo dzisiaj konturowanie jest proste i zupełnie intuicyjne, ale prawie 100 lat temu było całkowitą nowością, abstrakcją.

Każda nowa kamera oznaczała nowe wyzwanie, każdy postęp w przemyśle filmowym wymagał stworzenia nowych receptur.

Gdy kino przechodziło z czarno-białego na kolorowe, większość dotychczasowych kosmetyków przestawała działać. Max Factor zaczynał swoją pracę od początku.

Wiesz czemu jego historia jest tak aktualna w świecie marek?

Największe firmy nie wygrywają dlatego, że mają najlepszy produkt – wygrywają dlatego, że rozwiązują problemy, których inni jeszcze nie zauważyli.

Narodziny „twarzy”.

W latach 30/40-tych Max Factor stał się architektem nowych ikon, nie tworzył filmów, on tworzył ludzi, którzy mieli w nich występować.

Pracował z największymi nazwiskami epoki. Dobierał makijaże do typu urody, koloru światła i parametrów kamer. Potrafił godzinami analizować twarz aktorki, szukając sposobu, by na ekranie wyglądała bardziej magnetycznie i robił to bardzo technicznie. Dokonał rewolucji.

Jean Harlow miała być bardziej platynowa niż wszystkie kobiety świata.

Claudette Colbert bardziej elegancka. Rita Hayworth bardziej zmysłowa i tajemnicza.

Każda gwiazda otrzymywała własną strategię, „namalowaną na miarę” identyfikację wizualną.

Brzmi znajomo?

Oczywiście, bo dokładnie tak działają dziś największe marki osobiste.

Nie buduje się wizerunku dla wszystkich – buduje się go dla konkretnej historii.

Człowiek, który wymyślił słowo „make-up”.

W tej całej historii jest pewna ironia.

Dzisiaj słowo „make-up” jest tak powszechne i raczej nikt nie zastanawia się, kiedy i skąd się w ogóle wzięło.

To właśnie Max Factor spopularyzował ten termin i sprawił, że makijaż przestał być czymś wstydliwym, bo wcześniej kojarzył się głównie z teatrem, sceną i kobietami o wątpliwej reputacji.

Zrobił coś znacznie ważniejszego niż sprzedaż kosmetyków – całkowicie zmienił społeczne znaczenie makijażu. Sprawił, że stał się on symbolem elegancji, aspiracji i nowoczesności.

Nie sprzedawał produktu – sprzedawał możliwość stania się kimś innym. A to niezmiennie pozostaje jednym z najpotężniejszych narzędzi marketingu.

Max Factor sprzedał światu ponadczasowe marzenie.

Większość ludzi pamięta nazwiska aktorów, niewielu jednak pamięta ludzi stojących za kurtyną.

Bez Maxa Factora prawdopodobnie nie byłoby takiego Hollywood, jakie znamy.

Nie był reżyserem, ani producentem, nigdy nie aspirował do tego, aby być gwiazdą.

Był człowiekiem, który zrozumiał coś fundamentalnego, że ludzie nie zakochują się w rzeczywistości, ale zakochują się w jej najlepszej wersji.

Dlatego jego historia wcale nie jest opowieścią o kosmetykach.

To historia o marzeniach, technologii i marketingu na długo przed tym, zanim ktokolwiek wymyślił słowo „branding”.

Bo zanim świat zaczął filtrować zdjęcia w Instagramie, dawno, dawno temu – pewien chłopak ze Zduńskiej Woli nauczył Hollywood, jak filtrować rzeczywistość.

I zrobił to tak dobrze, że prawie sto lat później nadal żyjemy w świecie, który on pomógł stworzyć.

Dobrego dnia,

Magdalena

ps.

„Max Factor – twórca imperium piękna” Fred E. Basten – książka, która stała się moją inspiracją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *